Prawa autorskie - pomocy

pyt Q

Tym się różnimy, że dla mnie dobrowolne zobowiązanie jest wiażące. Jeśli więc ktoś wie przed transakcją jakie są obostrzenia, a mimo to narusza zawartą umowę, to jest wątpliwym partnerem do interesów. W artykule chris_to :
[]
Przeginasz.
Bo z powyższym zdaniem ogólnie mógłbym się zgodzić, gdyby nie jedno "ale".
Mianowicie - to jest słuszne i poprawne, jeśli obie strony "kontraktu" są równe.
Otóż - nie są.
Różnica pozycji nabywcy oprogramowania i praktycznego monopolisty, jakim jest np. Adobe czy Autodesk, sprawia, że to już nie jest tak dobrze.
Zatem - czytam umowę. Akceptuję ją - w tej części, która nie narusza moich praw, skądinąd gwarantowanych mi aktem wyższej rangi (np. polską ustawą).
Ktoś powie - a co Autodeska obchodzi polskie prawo? Ano obchodzi, gdy zaczynają swój soft sprzedawać w Polsce. I w mogą sobie wsadzić dowolne wynalazki, które nie są z tym prawem zgodne. Mogą co najwyżej nie sprzedawać, albo się pogodzić z tym, że ich pomysły - np. niemożność odsprzedaży - po prostu nie będą działać. I tyle.
Zwróć uwagę, że na ten sam argument - "swodobnej umowy" próbował powoływać się Microsoft w procesie z UE o "przymusową instalację Internet Exploera". No i przegrał. Przed sądem w Strasburgu. I teraz IE - w Windows 7 - ma być (przynajmniej w Europie) komponentem opcjonalnym, instalowanym na życzenie.
Więc nie przesadzaj z tą "dobrowolnością" ustaleń umowy. Bo "dobrowolność" to może być wtedy, gdy strony faktycznie się _umawiają_. Znaczy są równorzędne, albo przynajmniej zbliżone.
A nie wtedy, gdy przychodzi monopolista i mówi - "umawiamy się, że nabywca ma być rudy i musi mieć zgolony lewy wąs, a jak nie, to spać" (bo niektóre pomysły mają tyle mniej więcej sensu i równie silną moc prawną) - choć i to poniekąd działa (vide różnice w cenach dla nabywców w USA/Kanadzie i w Europie)
Pozdrawiam, Marek W.

odp A

Zatem - czytam umowę. Akceptuję ją - w tej części, która nie narusza moich praw, skądinąd gwarantowanych mi aktem wyższej rangi (np. polską ustawą).
i tu jest/był pewien problem ;) z jednego z linków o "Timothy S. Vernor vs. Autodesk":
thelaymansjournal.wordpress.com//10/10/timothy-s-vernor-vs-autodesk/
According to Autodesk's EULA (End Users License Agreement) AutoCAD is nontransferable and when you "purchase" AutoCAD you are not actually purchasing the software, but a "license" to use the software. This EULA reads "by opening the sealed software packet(s), you agree to be bound by the terms and conditions of this license agreement". There is a major problem here; the EULA is inside of the packaging, therefore the end user has no idea of this "agreement" until they've opened the software.
robin

odp A

Wtedy naruszył licencję i masz prawo dochodzić roszczeń. Niemniej los wydrukowanych _zgodnie_ z licencją egzemplarzy zupełnie od ciebie nie zależy. Nonsens. Sorki, ale mylisz podstawpwe pojęcia Użytkownik "Grzegorz Staniak" napisał w wiadomości

Ale wcześniej piszesz, że moje ewentualne roszczenia z tytułu niedotrzymania umowy licencyjnej są niezasadne, bo moje prawo kończy się w chwili sprzedaży pierwotnemu klientowi?
Wedle Twojej teorii , nabywca może WBREW mojej woli sprzedać dalej coś, czego zawartą umową zobowiązał się NIESPRZEDAWAĆ.
Jak to więc? Dostrzegasz teraz pułapkę takiego myślenia?
Egzemplarze nielegalne powinny chyba zostać zniszczone?
Ty natomiast kolejny raz UNIKASZ odpowiedzi na banalne pytanie: Czemu w przypadku softu można bezkarnie odsprzedawać licencje a naruszenia tego prawa są ścigane, natomiast w przypadku fotografii, NIKT nie czuje się oszukany tekstem podobnej licencji (min zakaz wprowadzenia do obrotu wtórnego).
Gdzie się podziewa ta nierówność tak widoczna w przypadku softu? Moze chodzi o cenę? Zdjęcia to kilkadziesiąt czasem kilkaset dolarów, cena softu liczona jest w tysiącach?


odp A

W artykule Otóż - nie są. Różnica pozycji nabywcy oprogramowania i praktycznego monopolisty, jakim jest np. Adobe czy Autodesk, sprawia, że to już nie jest tak dobrze. Zwróć uwagę, że na ten sam argument - "swodobnej umowy" próbował powoływać się Microsoft w procesie z UE o "przymusową instalację Internet Exploera". No i przegrał. Przed sądem w Strasburgu. I teraz IE - w Windows 7 - ma być (przynajmniej w Europie) komponentem opcjonalnym, instalowanym na życzenie. Więc nie przesadzaj z tą "dobrowolnością" ustaleń umowy. Bo "dobrowolność" to może być wtedy, gdy strony faktycznie się _umawiają_. Znaczy są równorzędne, albo przynajmniej zbliżone. A nie wtedy, gdy przychodzi monopolista i mówi - "umawiamy się, że nabywca ma być rudy i musi mieć zgolony lewy wąs, a jak nie, to spać" (bo niektóre pomysły mają tyle mniej więcej sensu i równie silną moc prawną) - choć i to poniekąd działa (vide różnice w cenach dla nabywców w USA/Kanadzie i w Europie)
Użytkownik "Marek Włodarz" napisał w wiadomości
W czym się ta nierówność Marku objawia? Konkretnie jakich praw jako konsumenta pozbawia Cię licencja Adobe.
Przyznam szczerze, że żądania KE względem MS były i są dla mnie niezrozumiałe. To tak jakby KE zmuszała producentów lodówek czy odkurzaczy, by wyposażenie dodatkowe było oddzielne sprzedawane i pod żadnym pozorem nie mogło być dawane w komplecie. Ale czego się można spodziewać po podmiocie badającym krzywiznę banana czy też narzucającym cła rzekomo dla ochrony produkcji której nie ma.
W czym się ta nierówność Marku objawia? Konkretnie jakich praw jako konsumenta pozbawia Cię licencja Adobe.

Poza zapisem o niemożności wprowadzenia do obrotu wtórnego nie spotkałem się z jakimiś poważniejszymi ograniczeniami, które można byłby nazwać bezsensownymi.


Dodaj odpowiedź

Tytuł:

Mail: (w celu weryfikacji posta)